Padlina ( TOM I )

by Młody Goh

about

Zakrwawiona Warga

Pokusa zaburza prowizoryczną harmonie
I tylko potężna wola poskromi wrzaski chaosu
Kto w ciszy spogląda na miry płonące
Ten nigdy do stołu nie siada z głupcami
Gdyż bełkot straszliwy forsuje cierpliwość
A słowo światłości umiera w potoku uryny
Ich czyny to skrajna mroczna iluzja
Emocjonalnej garści rozdartych chwil
Gdzie korzeń to próchno a dusza włóczęgą
Swe bóle i troski zakrywają przyziemności narzutą
Tak twardzi a jednak samych siebie się wstydzą
Aż wzdęcia swej dumy w końcu na bliskich przenoszą
Konsensus ciosany razami wciąż krwawi
Mądrości tryskają wieloma sprzecznymi źródłami
Konsekwentnie milczę lecz czerwień zdobi me wargi.


Empatia Cyborgów

I zimna stal pokryła ich wnętrza
A resztki uczyć wygryza powoli rdza
Gdzie bożkiem konsumpcja tam nigdy łez nie ma
Jedynie martwa pogoń i klonów zaraza
Skrzypiących konstrukcji na wysypisku konstelacja
Gdyż prowadzona natychmiast części wiodących wymiana
Zduszony w smarach zarodek empatii ścieka na beton warsztatu
Bo miejska natura jak Sparta nie karmi nielotów
Czyż populacje oświeca już tylko kształtna materia …
A sensem istnienia jest jazgot o rangi i miana …
Ileż zmartwienia przywłaszczy produktu machina
Cyborgom nie ludziom bo tym już w przeszłości skradziono sumienia
Zakodowano tryb ośmiogodzinnego wirusa planety rozwoju
Buntownik jest ścierwem gdy niewolnik rzekomo tu panem
Nakarmionemu na zapleczu wypala się firmowe znamię
Godności strzępy suną bezwładnie po zakładu taśmie.


Kruszywo

Wyniosłe pasma bezkresu drzemią od wieków
Owiane symbolem spokoju i pamięcią bogów
Wszak tuż w u podnóża stromo i sucho
Plew jałowych ziemi i morowy klosz
Rozbity tułaczką rozmyślam o dzikim szczycie
Gdzie pierz cumulusów przykrywa arterie obrzydłe
A wiatr niepokorny oczyszcza najmniejszą kamienną szczelinę
Ogromem mądrości hartuje co liche
By fragment próżności po zboczu osunął nietakty
Rdzeń głazu tak pewny że twardy
Pieśń rzeki napawa powolnie euforie
Gdy kolos siedliska znów dymem truje
Uciera na miazgę bezpańskie kamienie
Rozsiane wątpliwie na łuna bezczelne
Deptane przez ssaki z nizin naczelne
Złe dzieci szpecące osobowością stok góry.


Rój

Tłok od miotu w przedsionku komory
Zwiastuje inwazje plagi drobnicy robactwa
Bez imion larwy narzędziem w szponach szatana
Aż pęka poczwara owada spełnienie
I czarne gęstwiny suną po szóstej gdy cichną promienie
Oblegać żarówki lub drążyć tunele
Kończyny bez pytań nachalnie pokute
Samice kochają z osocza ambrozje
Tak mocno że dźwięki trzepotań kaleczą wręcz uszy
Podziemiom wciąż pełza przynęta na skrzela
A człowiek znów z lęku insekta morduje
Niewiedza zaswędzi gdy odsiecz przybędzie
Wznosząc koszary w kurzu domostwa zasiekach
Czyhając na moment rozproszy działania
By wtopić swe żądło raz jeden ostatni
A wszczepi to triumf tej armii na wieki.


Pornografia

Jak że frywolnie to mięso co chybię
Dostarcza bodźców przez szklane zwierciadło
Samcom co dni ich obrosły w rutynę
Marnym aktorstwem sycą egocentrycy fantazje
Scenariusz niezmienny zakrawa o dubel
Mechanizm pierwotnych instynktów fetyszy
Wcielony na handel upadla rasę za talar
Umarła wrażliwość gwałcona przez pychę
Barbarzyńskim obrzędem którym hedonizm
W szaleju zezwala na orgie rozpustne
Znakiem perwersji złote maski weneckie
A grzechem sodomy Mars z Marsem
I Wenus z Wenus ku trędowatej rozkoszy
Wzorce szkaradne zza wielkiej wody
Gdzie sztuczne nasienie rozmnaża lud
Fizjologiczny pełen dziwadeł brud.


Pijany Gniewem

Bezradność wyzwala piekielną furie
Mściwą bezwzględnie a przy tym ślepą
Przejmuje kontrole demon destrukcji
Pijany cierpieniem w ciele ma obłęd
W tym gniazdo nawyków twierdzy obronnej
Która się chyli przez poczucie winy
Linczu imadło ciąży jak więzy
Gdy zwracasz wprost z siebie zepsuta berbele nadziei
Zniszczony moralnie na kacu mruk siedzi
A ogień czeliści przeszywa wręcz ciało
Lecz tłumi zapał kująca ma niemoc
Nawet gdy plują na owoc mych myśli
Ja w dyby zakuty nietrzeźwy od buntu
A ferment idei empatie z pogardą znów skłóca
Sny niespokojne czernią zaszczepia
Czuje że gnije lecz czym że ma zguba.


Ukrop

Wilgoć tak mętna spowija powietrze
Że oddech aż waży ukropu stężeniem
Wywar w swych kotłach gotuje sam diabeł
W kulcie płomienia ma z żarem przymierze
I kleją się włókna do skóry nagrzanej
A włosie mokrzeje zapachem ssaka
Majestat potężny oślepia spojrzenia ogromem
Na próżno schronienia uzyskać gdy klątwa
Mieszanin toksycznych nasyca duchotę
Wycieńcza organizm do cna ze sił
Że narośl na ustach zasycha z niesmakiem
A gorycz z pieczenia zalega na gardle
Sklepienia wrót niebios rozdziera podminowana burza
Hałasem ostrzega że w tańcu synowie pioruny
Gniewni harmonii w tym i rzęsistych strug
Ulgi ulewnej kojącej letnią udrękę.

Ulewa

Wymarły przecznice wilgocią spowite
Bo krople z impetem znaczą co suche
Z cichych potoków czynią wody brutalne
Co hańbią domostwa swoim nadmiarem
I każda szczelina zalana doszczętnie
Gdyż nie zna litości z natury niestała
Rodzi przy skrajach zew melancholii
Pełen mistyki grot słusznych utrapień
Kolistych fal na taflach tysiące
Dreszczy od chłodu odgłosów kichnięć
Pełne kanały od litrów świeżych strumieni
Rwących niczym wiatr roślinność na cztery strony
I czemuż refleksje tak stałe jak trygon
Ciążą gdy chmury płaczą z upału
Nad człekiem tak marnym debata
Chyba że fałszem znów ta prognoza.


Klątwa Masońska

w tę bezmiar kalumnii ludzkość skupiona spogląda
czym trójkąt i okrąg na podobieństwo patrzydła
rozległe pytania o cyrklu oślizgłych ramionach
wzbudzają niepokój wśród szukających namiaru na kierunkowskaz
dyby przeżytkiem iż sami spełniają pokornie szubrawców wizje
a rozum urodził wytrychy kontroli przez pychę
kto włada ciemnymi księgami w wymiarze obecnym bryluje
lecz dusze zatraci na rzecz pereł pokusy
i otchłań rozpaczy poszerzy o wciąż głodne wnyki
watahę zasilą życiowej energii wampiry
księżyca wyznawcy z jam na rytuał powolnie gnają
by przywdziać odzienie pochodne od mory skóry
i z nocą przymierze zawszeć aż po kres
znacząc tajemne symbole na słabych konstrukcjach anielskich
by skłócić obrońców zarazy zmartwione szeregi
goryczą złych faktów minionej historii.


Oczy Armenii

Podążał korowód nieznanych mi istnień
W stronę tak bliską aczkolwiek daleką
W hałasie tradycji odległe pustkowie ujrzałem
Popiołem dotknięte i strachem spętane
Pobudzam ostatnim zwarciem bezimiennych ślepi
Mapę utopi gdyż język mój w klatce
Historie swych ziemi na ormiańskiej cerze zanotowane
I gdyby me ciało nie masła subtelnie tkaniną
Tak dalej był sycił sam siebie w przeklętą ciekawość
Gdzie senne marzenie to otchłani wschodni ochłap
Z zamazaną facjatą zwierciadła mych obaw
A jednak pytany zacięcie odpowiem
Iż znam te strony duchowo z wcielenia
Zanurzę swe myśli w studni zadumy milczenia
I damy dorosłość niczym wspomnień wyżyna
Przypomina jeden z ostatnich dni miesiąca lipca.

credits

released October 19, 2014

tags

about

Młody Goh Krakow, Poland

Młody Goh – Adrian G.O.H. (Gniazdo Ohydnej Histerii)
swoją przygodę z raprem rozpoczął w 1998 roku. Szalony Twórca Krakowkiej hardcore rap sceny, jeden z inicjatorów nurtu Horrorcore, ostry charakterystyczny wokal oparty na przedziwnych porównaniach, Konserwatywny Oldschoolowiec. ... more

contact / help

Contact Młody Goh

Streaming and
Download help