Marazm ( TOM II )

by Młody Goh

about

Przeziębione Myśli

I nic głębokiego nie widać w gęstwinach rutyny
Gdzie dzień i noc okala schematy tak znane
A cóż za paradoks przemawia do szarych komórek
Że to miejsce tak martwe urok milczenia ma w sobie
Ambicje w mgle senne chrapią znów głośno
Wspomnienia jak supły sieją bezradność
Ten katar tak drażni że mimikę otępia
I na nic wyniosłość gdy drapie w przełyku
Pokorę osłabia logikę powolnie zniechęca
Z dźwięki mówione drastycznie zniekształca
I bezsens dla ślepi obrazem przewodnim
Zaduma bez puenty gdzie przepaść finałem
Tej czerni przez lata wypełnić nektarem się nie da
Trzeba by było uciszyć nabytą świadomość
Deptając wrażliwość na wypatrzenie sfery
Udając nieudolnie by oszukać nawet samego siebie

Osłabienie Ciała

By wirus nie wtargnął stacjonuje wciąż w twierdzy
Cherlając potężnie flegmą gęściutką
Gdy ziąb otula zarazą tereny i ssactwo
Zrosłem dążeniem idei tak mglistej
Nie dbając o szaty ani o posag
I po cóż to kreślę nie czując radości
A skąpe odzewy przebłysków uśmiechów …
Wiąż osłabiony przez bestii rozkazy
Dryfuje myślami po czasach zamierzchłych
Wolałbym miejsce gdzie pasja zwycięża
A dni przepełnia spełnienia gonitwa twórczości
… cóż za parszywa utopia zalewa ze wszechstron
I przypomina to niszowe trędowate otoczenie
Chciałbym nie mieć czasu się tym zadręczać
Lecz słabość obecnie tak się wyraża
Ten wyraz jesienią wtórnie wygląda

Też byłem Kozłem …

365 dzień w roku zwiastuje święto upodlenia
Chaos huków w gwarze radości dniem powszednim
Złamane opory w miksturach iluzji
By zgłuszyć szepty świadomości na godzin parę
I tańczyć przy ogniu z kozłami czarnymi
Co smołą cię raczą za darmo nachalnie
Wierze w ich mowę zaćmiony rotacją kolejek
Sam gwarze entuzjastycznie ale od rzeczy
Do czasu gdy przez świt staje się senny
A kozły rozchwiane wracają w swe izby
Przez miasta i ścieżki brudne oraz wymarłe
Cuchnące chińską sztuczką eksplozją
Oraz nieżytem żołądków od świętowania nadmiaru
Potłuczonym szkłem ozdobione krzywe chodniki
Które znów chłoną zew degeneracji i ludzką krew
Słowiański sylwester gdzie symboliką to kaca siew

Senny Czeladnik

Gdy wróżby otchłani koją znów szczypiące rany
I wdrażasz swe myśli w wszelakie niepewne znaki
Odsłaniasz znów serce na pychę i próżność
Brodząc w zagubieniu i brudnych poglądach
Mając cudzych bogów w ołtarzach przed nim
A śmiechem donośnym w zaś ignorancja
Wielbiąca podstępne symbole rzekomej dobroci
Uciekłem ze ścieżki powolnej duszy agonii
Lecz ciernie i wiedza pustoszą wciąż spokój
Nawraca niczym poczucie głodu gdy słońce ma swoją warte
Gdzie chowa się fiolka z surowicą agnostyka …
Czy zło to dobro odrzucone przez samego boga …
Stawianie tych pytań pogłębia struktury chaosu
W którym skąpane są wnętrza braci i sióstr
Drzemie nienawiść wśród strzępów refleksji
Sam z sobą skłócony a znów łamie sen

Tonąca Łajba

Niegdyś plony obfite napawały aż widok
Dziś nędza i skargi podszyte w pytania
Że skrajne dążenie owocem niezgody
A czym wspólne dobro w całym harmidrze …
Obżarstwem i kultem ku chwale materii
Gdzie artyzm statystą w pochodów filmie
Niepewnym jak kursy zakładów na żywo
Ruiną kompromis w biegu na spory dystans
Bo drewno próchnieje a zatarg powoli zatapia
Chęci łatania idei porcelanowej
Szalupy dryfują sza sztormie wzburzonym
Oddalając położenia w nieznane przeciwległe strony
I oczy kierują na kolos łajby skrzypiący
Kto cały dopłynie do brzegu żyznego
Wznosząc z pustki obozu fundament
Ten syty w net będzie … lecz czy w tym nadany jest sens

Introwertyk

Kto kierat wciąż dzierży ten pytań nie stawia
Bo plomby zapłaty blokują nie dole
Nie ważna godzina zarobek nirwaną
Dłuta nie rzeźbią a skrobią złoża zasobów
Uciekam z tej nory bo pyłów alergia nie zniesie
Do tego skrzekotań wron ciemnych hordy
Zamykam swe usta gdyż nie umiem krakać
Przyjmując mimikę lustrzaną na gwałt reakcji
Na cóż zwieńczenia pochwały publiczne
To tak jak by głaskać egoizm na tronie kosztownym
W pogoni o łup aprobaty klakierów przekupnych
Chęć ciszy to sedno wyśmiane przez większość
Bo podziw dojrzewa chaosie piramid prze krzyku
Tak leczą śmierdzące zgnilizną kompleksy
Modele seryjne wersji nazwanej że extra
Co próżnie rozsądku traktują zazwyczaj za wroga

Jama

Znam szczegóły fragmentów milczących ścian
Dzielących rój oczu powłoką niewiedzy
Te zakamary znają na wylot historie istnień
Ciasnotą zasnute i nędzą emocji
Popłoch się miota w godziny spożywań
Relacji kamienie o twardych krawędziach
Są mową w stolicy betonowej enklawy
Cykle zegara akompaniują te samą melodie
I krążenie owalne od granic do granic
Cienie konturów tak stale przybite
Echem powtórzeń przemowy męczącej
Zimowa podszywana nietęga aura
Ukradła zażartość iskier realizacji
Za wiele teorii spowija wstyd narażenia
Skutkując ulotność porodu idei
Istniało lecz martwe we własnych pieleszach


Pasożyt naszych serc

Zaduma nad rozbitą magią tworzy analizy zasieki
A diabeł szarpie szale z szaleństwa cudzą harmonie ujada
Diabeł … widzę go wciąż w ludzkich czynach i twarzach
On mieszka wśród nas i nawet już się nie wprasza
Bo długo nas obserwował i wie jak do siebie przyzwyczajać
Ciepłe posłanie ma od kuszenia wyboru drogi na skrót
Drapie szponami po myślach ścieżki ratunku rogami odcina
Pragnie byś utopił się w gniewu poczynanych
I gdy już osiągnie cel sideł co swoje bezczelnie zabiera
Iż to tchórzliwy egoista co zmysły osłabia
To nie jest otwarta walka lecz na tym sens jej polega
Że niczego nie czynisz gdy oczy nie widzą przeciwnika
Niewierny barankiem pędzącym z radością na rzeź
Nie chcecie tak żyć lecz omen czyni z was ścierwa
Które zgubiły przy barze łaskę im przebaczenia
Boże tylko ty teraz wiesz że to nie jest herezja …

Wizja Druida

Wara od sztuki wataho wygłodniałych wilków
Co węszy trop zysku by kły wtopić w dzieło
Gromada przeklęta snująca spisek gdy łowy
Rozstawia po lesie wynik na esencje twórczą
Z której chcą czerpać garściami hochsztaplerzy
Ozdabiający swe włościa w ludzkie trofea
Przetapiając głębsze uczucia na sztaby złota
Któregoś zimnego dnia zwariuje świadomy ścisłą niedolą
Że ściekiem nadal przepływa ubogi kryształ artystów
Chowany przed doszczętnym zniszczeniem w zaroślach
Giną me skargi w chrypie przypuszczeń
A twórca to wariat i bankrut zarazem
W czasach gdy pędem spełnienie dobrobyt
Rozbiwszy niewielki szałas wyzwolę ducha druida
Z poglądem ze skarpy na mieszczańską ciasnotę
Gdzie nawet zarządca właściwie jest więźniem


Szlak Samouka

Obrastam w nadzieje że są jeszcze istnienia
Co zgodnie potwierdzą skarżenie fundamentów świata
Stronią od blichtru poklasków słodyczy
Zbyt mądrzy by stroszyć swe pióra
Rzeźbią konsekwentnie w małych pracowniach idee
Co dziwem owiana ciekawskich zazwyczaj nurtuje
Czym jest ta praca w samouctwa okowach …
Workiem gruzu niesionym na plecach za dole głodową
Obawą przyszłość szytą wciąż czarnymi nićmi
A jednak wartości i tak nie zmierzysz w monetach
Gdyż każdy z nich musiała by posiadać swoistą duszą
A tylko brzdęk głuchy wydają zmieniając właścicieli
Po przedmiot kuszenia i zwady napiętej tak mglistej
I milknie uznanie wśród tych co sadzą że racja ich trzyma
Bo tak jak i oni nie kroczysz przez misje szablonu
… A niech plują jadem a prawda kluczem do wyzwolenia

credits

released March 9, 2015

tags

about

Młody Goh Krakow, Poland

Młody Goh – Adrian G.O.H. (Gniazdo Ohydnej Histerii)
swoją przygodę z raprem rozpoczął w 1998 roku. Szalony Twórca Krakowkiej hardcore rap sceny, jeden z inicjatorów nurtu Horrorcore, ostry charakterystyczny wokal oparty na przedziwnych porównaniach, Konserwatywny Oldschoolowiec. ... more

contact / help

Contact Młody Goh

Streaming and
Download help